|
Zima!
Chciałoby się powiedzieć: Nareszcie! Bo chyba już odwykliśmy od śnieżnej aury, owszem, w górach w ubiegłych latach jeszcze było biało, ale dziś to cała Polska jest pod śnieżną czapą i przynajmniej na razie (początek stycznia 2026) nie zanosi się, żeby było inaczej.
Ferie przed nami, to się dzieci cieszą, turyści pewnie też, chociaż z pewnością mniej, a najmniej – podróżni, z których jedni albo koczują na lotniskach, albo lądują zupełnie gdzie indziej niż mają to wpisane na biletach.
Cóż to ma wspólnego z „Poznaj swój kraj”? Wbrew pozorom – ma. Bo poważne opóźnienia mają także koleje w Polsce, a przecież wiadomo, że turystyka, także krajowa, to podróże. I to podróże, co do których trzeba mieć pewność, że się dojedzie w dobrych warunkach i punktualnie. Jeśli to nie jest spełnione, a zwłaszcza punktualność (przesiadki!) to jak można oczekiwać jej rozwoju?
I nie o to chodzi, że w styczniu turyści nie mogą dojechać do Olsztyna, bo pewnie niewielu z nich się tam, czy gdzie indziej wybiera, ale jak się dowiaduję, że na Mazurach pociąg utknął w zaspach, to aż nie wiem, jak to skomentować. Przecież pługi odśnieżne wymyślono już w dziewiętnastym wieku!
Aż nie chce mi się myśleć o KDP tkwiących w śniegu po osie, albo czekających (w najlepszym przypadku) przed pękniętą z mrozu szyną, bo i o takich przypadkach tej zimy słyszałem. Przy prędkości 300 km/h i większej, maszynista nie dostrzeże wyrwy w torach...
Zostawmy te zabawy w śrubowanie rekordów, bo tak naprawdę, Polska jest za małym krajem dla tego typu kolei. Bo ile można zaoszczędzić czasu na pokonując odległość trzystu kilometrów z co najmniej dwoma (Baranów i Łódź) przystankami do Poznania z prędkością 350 km/h w porównaniu z dwiema godzinami podróży tradycyjnym pociągiem? Piętnaście minut? Dwadzieścia? I co dalej? Ten „zaoszczędzony” czas podróżny po chwili straci, czekając na kolejny pociąg do Szczecina, Berlina czy choćby do Grodziska Wlkp. czy Wągrowca...
Pod warunkiem, że znów nie przyjdzie zima...
Ech, te opóźnienia. Mamy je i my, tyle tylko, że my nie dostajemy z budżetu Państwa ani miliardowych, ani milionowych, ani nawet „tysiącowych” dotacji. Opieramy się niemal wyłącznie na prenumeracie i sprzedaży wysyłkowej, proszę mieć to na uwadze czytając ten tekst. A przecież my też zabieramy każdego Czytelnika w podróż , i to wzdłuż, wszerz i dookoła Polski. W tym numerze będzie to m.in. podróż drogą Via Sacra, a specjalnie nie używam tu wyrazu „szlak”, bo tam każdy jedzie (lub idzie), jak chce, a tyle jest do zobaczenia, że drogi by się wzajemnie wykluczały. I też jest tam wątek, a nawet dwa – kolejowe.
Pozostając na Dolnym Śląsku zapraszam na ostatni odcinek Szlaku Wygasłych Wulkanów. I tam, jak wielokrotnie powtarzała autorka tego cyklu, jest wielki kłopot z logistyką. Abstrahując od wyżywienia i noclegów po drodze, to i tam nie ma jak dojechać koleją. Mimo tego, szkoda, że to już ostatnie wulkany na szlaku, chociaż w Polsce jest ich zapewne więcej. Podobnie jak krzyży pokutnych, czy pojednania, opis którego szlaku w tym numerze kończymy, wskazując jednakże na inny – znaleziony na trasie Szlaku Wygasłych Wulkanów – szlak krzyży pokutnych. Ot taki przypadek...
Co jeszcze?
O Polskim Niebie w Gdańsku, o pełnym wciąż wyjątkowych zabytków Stargardzie, o spływie Czarną Hańczą, o Koperniku, Babiej Górze, o, o, o...
Zacznijmy więc kolejną naszą podróż; wystarczy odwrócić kartkę...
Do zobaczenia na szlaku!
Paweł Cukrowski
|