60 drzew do zrobienia
Bikeorient
Licznik odwiedzin:
Online:


Sarnaki

Okładka 9 - 2017

Stoi w centrum Sarnak, niewielkiej wsi na Podlasiu osobliwy monument. Z daleka przypomina jakby rakietę, która spadłszy z nieba, zaryła się w piachy Podlasia. Jakąż niezwykłą historię jednak kryje ta szara atrapa rakiety! I arcyciekawe losy ludzi związanych z tą najnowocześniejszą bronią drugiej wojny światowej.

Niemcy szukając nowych broni w walce przede wszystkim przeciwko Anglii, po tym jak „konwencjonalnymi” sposobami (bezlitosne bombardowanie otwartych miast) nie udało się im zanotować większych sukcesów, podjęli prace nad rakietami bojowymi, będącymi w stanie przenieść duży ładunek wybuchowy na znaczne odległości. Pierwszą taką konstrukcją było coś w rodzaju bezzałogowego samolotu, nazwano go Bronią odwetową 1, czyli V1. Taki „samolot” ustawiano na wyrzutni skierowanej w kierunku celu – najczęściej był to Londyn, i los!.
Problemem w użyciu tej broni było sterowanie. Nie znano jeszcze GPS-u, więc radzono sobie w dość prymitywny sposób. Otóż „latająca bomba” leciała tak długo, na ile pozwalał jej zapas paliwa, potem spadała gdzie popadło. Korygowany był jedynie kierunek lotu na podstawie zamontowanego w niej kompasu. Skuteczność broni nie była więc duża w stosunku do kosztów wyprodukowania.
A jeszcze stanowiła „bezpieczny” cel. Bezpieczny, bo się nie odstrzeliwała” alianckim samolotom, a jej nieduża stosunkowo prędkość przelotu pozwalała nawet podlatywać myśliwcom i wtedy po „podważeniu” skrzydła V1, skrzydłem myśliwca, można ją było wyprowadzić z obranej trajektorii lotu, strącając jeszcze nad Kanałem La-Manche do wody.

Dlatego Niemcy skupiali się na wyprodukowaniu czegoś bardziej precyzyjnego w zmierzaniu do celu, i szybszego. Czegoś, będącego poza możliwościami obronnymi aliantów i Rosjan. Vergeltungswaffe 2, czyli Aggregat 4, a po naszemu Broń odwetowa 2, mogła stać się takim czymś. Należało jeszcze tylko dopacować kilka szczegółów technicznych, zwłaszcza związanych ze sterowaniem rakiety i kto wie...

Reszta artykułu w bieżącym numerze PSK

Tekst i zdjęcia: Paweł Cukrowski