Znadź na Facebooku
60 drzew do zrobienia
Bikeorient
Licznik odwiedzin:
Online:


Marsz Śledzia 2018
czyli
Kajakiem na Marsz Śledzia



Zaczęło się śmiesznie i symptomatycznie. Przy pakowaniu kajaka na samochód, a ściślej biorąc przy jego przenoszeniu po schodach magazynu (do windy się nie mieści...) zaklinował mi się on na klatce schodowej. Zacisnął się między schodkiem jednej części klatki a sufitem drugiej części, i koniec. Ani w górę, ani w dół. Stworzyło to okazję do chwili odpoczynku i zastanowienia się co dalej...:

G>dy tak rozmyślałem co teraz, Odnalazłem to jedyne ustawienie kajaka względem schodów, sufitu i poręczy i zniosłem go na dół, na dach samochodu. Osiemnaście kilogramów (tak deklarował producent, muszę zważyć, ale tyle mniej-więcej może być) to nie jest dużo, i w pojedynkę można sobie dać z nim radę. Jeszcze tylko gąbka pod spód (może być stara karimata) – nie mam specjalistycznych uchwytów, i cztery, a właściwie sześć linek, którymi przymocowałem sprzęt pływający do sprzętu jeżdżącego. I już można jechać na Marsz Śledzia!
Ale jak to, kajakiem na Marsz? Można, jak najbardziej. Nikt nie wygoni takiej osoby, ale też i nie jest ten ktoś oficjalnym uczestnikiem. Nie jest na liście, nie wchodzi do annałów imprezy, no i jest traktowany jako ktoś obcy. Choć „Poznaj swój kraj” z powodu patronatu nad Imprezą może liczyć na „bilet VIP-owski, (mamy nawet też dwie wejściówki do dowolnego rozdysponowania), nie blokowałem innym miejsca. Kiedyś szedłem (wspaniałe uczucie), ostatnio pływam obok. Nie wykluczam jednak ponownego przejścia, może za rok, albo za trzy lata? W każdym razie na ten raz wymyśliłem sobie przepłynąć Zatokę kajakiem – i miał to być tylko pierwszy etap kilkudniowej wyprawy kajakowej z Kuźnicy do Elbląga.

Wyjazd

Pierwszy przystanek – Elbląg. Tak wynikło z logistyki wyprawy. Wymuszony innymi zajęciami wyjazd późnym popołudniem przekreślał dotarcie na półwysep za dnia, a do celu chciałem dotrzeć za dnia. Wobec trudności ze znalezieniem rozsądnych noclegów na planowanej trasie wyprawy (nad morzem w sezonie nikt nie wynajmie pokoju na jeden nocleg, bo każdy ufa, że za chwilę przyjedzie ktoś na tydzień lub dłużej), zdecydowałem się na noclegi pod dachem namiotu. To też ryzykowna decyzja, ale przy odrobinie szczęścia całkowicie wykonalna. Bo o ile na kempingu zawsze znajdą się te trzy metry kwadratowe, by ustawić namiot, to tego kempingu wcale może nie być tam, gdzie jest potrzebny! Np. w Kuźnicy, lub przy ujściu Wisły. Ostatecznie zawsze można spróbować rozbić się u kogoś na polu, w lesie, albo na plaży.
Jeszcze tylko po drodze kupić jakiś kubek – i jazda! Jest czwarta po południu – do ósmej powinienem dojechać. Trzeba przecież rozstawić namiot, a nie widzę powodu robić to po ciemku. To przecież już druga połowa sierpnia. A co będzie, jak „cofną czas”? O ósmej ciemna noc! A nawet i o siódmej będzie już dość ciemno.
Plan jest realny, a krótką wizytę w CH w Łomiankach, gdzie kupuję ów brakujący kubek i jeszcze trochę wody (zawsze się przyda), wykorzystuję na sprawdzenie mocowania kajaka do samochodu. Na szczęście wszystko trzyma się doskonale. Korków w stronę Gdańska nie ma, jest za to (nareszcie!) prawie cały czas czteropasmowa droga, więc jedzie się dobrze. Odnajduję kemping nad rzeką Elbląg (dodatkowy plus, bo mój plan zakłada dopłynięcie tu kajakiem), i po krótkim powitaniu, a jeszcze przed zameldowaniem się(!) wyszukuję sobie miejscówkę i rozbijam namiot. Przy załatwianiu formalności meldunkowych okazało się, że trafiłem na.... najlepszy kemping w Polsce! Pół ściany zawieszone dyplomami poświadczającymi zdobycie wysokich lokat w klasyfikacjach polskich kempingów, a ostatni (bieżący) dyplom informuje wręcz o pierwszym miejscu w Polsce. I rzeczywiście, krótkie oględziny potwierdzają, że dyplomy zdobywane są zasłużenie. Czysto, schludnie, brak kolejek w toaletach (kemping „na oko” obłożony na 2/3), cicho gra tam muzyka, a kaloryfery są... ciepłe! To, w połączeniu z brakiem jakichkolwiek opłat/dopłat za korzystanie ze zdobyczy cywilizacji sprawia, że turysta musi się tam czuć bardzo dobrze. A cena? Za samochód, niewielki namiot i siebie zapłaciłem 32 zł. To do zaakceptowania. A minusy? O tych przekonałem się (bo niestety są i minusy) dopiero w momencie przyłożenia głowy do „poduszki”. Hałas! Mnie przeszkadza, i to bardzo! Przede wszystkim od samochodów (niedaleka ekspresówka) i pociągów – zwłaszcza towarowych. Nie można mieć o to oczywiście pretensji do prowadzących kemping, ale trzeba mieć to na uwadze.

Piątek

Śniadanie – to wykorzystanie kuchni kempingowej (kuchenki gazowe, czajniki elektryczne, mikrofalówki) – herbata, i „zapasików” z domu. I choć poranek rześki – to łazienka jak wspomniałem ogrzewana, ciepła woda w każdej ilości – pełny komfort!
Plan na piątek zakładał dowiezienie kajaka do Kuźnicy, znalezienie noclegu (namiot) i powrót do Elbląga, by na tym kempingu pozostawić samochód aż do powrotu po kilku dniach tam właśnie. Spodziewałem się przypłynąć do Elbląga w godzinach wieczornych, więc nic lepszego nie wymyślę, jak nocleg na tamtejszym kempingu. Potem wyjazd na Półwysep Helski pociągiem, i albo bezpośrednio tam, gdzie wcześniej znajdę jakieś miejsce, albo dopiero zacząć czegoś szukać. No to jazda! Pierwsze kilometry nie najgorzej, ale potem korek na trasie ma długość 35 kilometrów! To nie żart! Roboty drogowe. Ile to już lat nie można zrobić paru kilometrów drogi! Ale jak się pracuje do 16.00 to można jeszcze kilka lat pracować i efektów nie zobaczyć. A może nie chodzi tu o efekty, a tylko właśnie o dłubanie przy drodze? Tak to wygląda, niestety. Inny wielokilometrowy korek, na którym straciłem kolejną godzinę życia jest we Władysławowie. Od czasu, gdy rondem zatkano przejazd na Hel, korki tam są nieustanne. A i tak później „pocieszono” mnie, że „dziś jest spokojnie”. Pewnie tak, w soboty, czy niedziele, przy zmianie turnusów, muszą się tam dziać sceny niezwykłe... W końcu po ponad czterech godzinach dojeżdżam. Jeśli tak ma być z powrotem, to mam niewiele czasu, by zdążyć na ostatni pociąg z Elbląga na Hel!
Zachodzę do Informacji Turystycznej w Kuźnicy. Udaje mi się, dzięki uprzejmości pracującej tam pani (dziękuję!), ulokować tam kajak, wiosło, wodę i parę innych rzeczy, które na dziś nie będą potrzebne, a które niezbędne będą do kontynuowania wyprawy, i z głupia frant pytam o możliwość noclegu. Okazało się, że parę metrów od portu w Kuźnicy, u kogoś przy prywatnej posesji będzie miejsce na postawienie namiotu! Doskonała wiadomość! W Kuźnicy nie ma kempingu, ani nawet pola namiotowego, rozbicie namiotu na przykład na jednym z kempingów w Chałupach stwarza kolejny problem w dotarciu na czas w sobotę rano na Marsz! A tu proszę! Pod nosem. Dziękuję i idę za ciosem. Skoro mam miejscówkę – to może od razu rozbiję ten namiot? Chociaż nieduży i lekki, to już nie będę musiał brać go do Elbląga i ciagnąć z powrotem. A poza tym, gdy wrócę do Kuźnicy w nocy – to namiot będzie już na mnie czekał. Tylko umyć się (jeszcze nie wiem jak?) - i spać! I tak robię. Przemiły właściciel posesji nie ma nic przeciwko, dziesięć minut i domek stoi, a w środku wszystkie (prawie...) moje klamoty. Do Elbląga pojadę na luzaka i – co ważniejsze, powrócę do Kuźnicy bez balastu. To cieszy. Cieszy, i zdumiewa także pusta już droga do i z Władysławowa, rondo puste, droga też? Wszyscy już dojechali? Jest jeszcze korek z Gdańska do Elbląga – ten ma nieco inne przyczyny, ale jedzie się zdecydowanie szybciej, więc pozostaje mi nieco czasu do zagospodarowania. Na Elbląg go nie przeznaczę, byłem tam wielokrotnie, ostatni raz około pięciu lat temu – i miasto nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Nowoczesna i nowa starówka, odbudowywana po zniszczeniach wojennych, cała była wówczas na sprzedaż lub na wynajem. Ciekawość, czy to się zmieniło, czy dalej miasto jest jak wyludnione, nie przeważyła nad chęcią zobaczenia polskiej Chorwacji. Jadę do Kadyn i Tolkmicka! Nad wysoki brzeg Zalewu Wiślanego, śladem jednej z najpiękniejszych linii kolejowych w Polsce, unieruchomionej ze dwadzieścia lat temu i dziś będącej w stanie kompletnej ruiny. Krajobrazów na szczęście jeszcze nikt tam nie zepsuł.

Kadyny

Nie dojeżdżam więc do Elbląga. Kilkanaście kilometrów przed tym miastem skręcam w lewo, w jedną z bocznych, trzeciorzędnych, niesłychanie krętych dróżek, która zaprowadza mnie nad Nogat, a potem do Nowakowa. Tam stoi (raczej leży?) most na rzece Elbląg. Rzeka nawet całkiem szeroka, ale ani głęboka, ani prosta, ani z wykończonymi brzegami. Tędy mają pływać statki oceaniczne??? Jak??? Taki sobie nieduży statek, oceaniczny, przy wyporności 10.000 DWT ma długość 150 metrów, szerokość ponad 20, a zanurzenie około 5 metrów. Rzeka więc musi mieć co najmniej 6 metrów głębokości, by statek mógł przepłynąć bez większych przeszkód. Ale to jeszcze nie jest problemem. Problemem jest (będzie dopiero) walka z niszczącymi brzeg falami, które powstają za każdą jednostka pływającą. Wspomnę tu tylko, że z tego powodu ograniczono prędkość w Kanale Zegrzyńskim do dziesięciu kilometrów na godzinę, nawet dla motorówek i skuterów wodnych, nie mówiąc o barkach czy wycieczkowcu, kursującym z Żerania do Serocka. Jakie fale powstaną od płynącego nawet tylko z prędkością ośmiu kilometrów na godzinę statku, na kanale (rzece Elbląg), który ma dziś około pięćdziesięciu metrów (a i to nie na całej swej długości) szerokości – i tylko dwie „mijanki”? Nie wiem. Wiem jednakże, że nie można całej, być może potrzebnej inwestycji (choć ja w to wątpię) ograniczać tylko do kosztów przekopania Mierzei! No, dobrze zrobią, jak będą uważać. Byle nie wyszło jak z pewnym lotniskiem czy aquaparkiem. Ja kieruję się w stronę Kadyn. Mam tam spotkanie z Bażyńskim, wiem, że będzie na mnie czekać, ale czy go odnajdę? Odnajduje bez trudu, stoi przy drodze, po prawej stronie. Nieco wcześniej jest też inny, troszkę mniej potężny dąb. Ale Bażyński – to jest to! Jest miejsce, parkuję samochód i podchodzę do olbrzyma. Piękny. Widać po nim wiek. Pień wewnątrz pusty, ale drzewo nie jest zaniedbane, wręcz przeciwnie. Ktoś o niego dba. Tym kimś są lokalni leśnicy. I chwała im za to.
Co cieszy – to fakt, że co chwilę ktoś podjeżdża, podchodzi bliżej, robi sobie zdjęcie. „Serce roście!” Robię i ja parę fotek – i jadę dalej, bo przecież tuż przed siódmą ostatni pociąg w kierunku Helu. Oglądam jeszcze pocesarski pałac i towarzyszące mu zabudowania, ale na klasztor i kościół brakuje już czasu. Gdzieś są na wzgórzu, nawet nie wiadomo jak tam trafić...
Pałac ma bardzo ciekawa historię. Podarowany w testamencie kajzerowi Wilhelmowi II, aż do 1944 roku, stanowił jego i jego spadkobierców rezydencję. Potem, po wojnie, urządzono w tamtym miejscu znaną w kraju stadninę koni, która jednak nie przetrwała czasów transformacji. Kilka lat temu całą posiadłość zakupił prywatny inwestor i chce jej przywrócić dawny blask. Czy mu się uda? Pewnie tak, choć, a może dlatego, że ceny skrojono nie na polskie kieszenie. I faktycznie, wśród gości przeważają Niemcy, samochody też nie na polskich rejestracjach. Takie czasy...
W drodze z powrotem zatrzymuję się na przydrożnym parkingu i podziwiam widok na Zatokę. Tak z góry, bo tam wzniesienia wprawdzie może nie tak wysokie, jak gdzie indziej, ale w Polsce to raczej rzadkie zjawisko popatrzeć na morze „z góry”. W przenośni – i dosłownie.
Po zjeździe z „asfaltu” jadę polną drogą wzdłuż torów jednej z najpiękniejszych linii kolejowych w Polsce. Strasznie zapuszczona, już chyba nie do odbudowy. Wije się wśród domków rybaków (ich potomków), obok przystani rybackich i porcików, ociera o lasy i plaże. Nie było mi dane tędy jechać, i chyba już nie pojadę. Szkoda, bo taka trasa turystyczna łącząca wszystkie nadbrzeżne miejscowości Wysoczyzny Elbląskiej, i z połączeniem do Kaliningradu, mogłaby się stać prawdziwym źródłem, ba! rzeką dostarczająca tam turystów! Również tych mniej zamożnych, których wielka ilość z pewnością przyczyniłaby się do rozwoju tego tak pięknego regionu Polski.
To już koniec krajoznawstwa na dziś, dojeżdżam do kempingu, zostawiam tam samochód i kieruję się na dworzec. Do pociągu wsiadam na kilka minut przed odjazdem. Do Gdyni dojeżdżam bez niespodzianek, jednak na odjazd pociągu stamtąd w kierunku Helu przychodzi mi czekać prawie godzinę. Podobno musimy czekać na ten, który właśnie jedzie z Helu, bo tam jest tylko jeden tor. Nie rozumiem tego. Przecież wyminąć można się na każdej z wielu stacji. Ale może nie mają połączenia z tamtym pociągiem i nie wiedzą gdzie akurat się znajduje. W dziewiętnastym wieku też tak było. W końcu ruszamy.

Sobota

Jak to dobrze, myślę sobie, że udało mi się znaleźć to miejsce na nocleg i rozbić namiot. Co ja bym teraz zrobił? O północy w Chałupach? Pewnie by mnie przyjęli, choć jak przejeżdżając patrzyłem – wszystkie kempingi pękały w szwach. Ale rozbijać się po ciemku? Można, tylko po co? Zanim dojadę do Kuźnicy w pociągu myję ręce, twarz, korzystam też z toalety. Na moim kempingu tego może nie być, a w każdym razie dziś może być z tym dość ciężko. Dojeżdżam, dochodzę – namiot stoi, bagaże są. Jest dobrze. Przebieram się i mimo hałasu z drogi – zasypiam.
Pobudka 6.15. Tak mniej-więcej przyjeżdża pierwszy pociąg z Gdyni, powoli zaczynają też dochodzić odgłosy jadących samochodów. Dzień się budzi, a wraz z nim i moi sąsiedzi. Zaniepokoiły mnie ich kroki w stronę mojego namiotu, a po chwili słyszę równy, jednostajny... szum cieknącej cieczy. Co jest? Nie mogą odejść trochę dalej? Do lasu? Muszą to robić przy namiocie? I to moim? Nie mają swoich? Pytania kłębią się, a ciecz płynie z każdym podchodzącym tu człowiekiem... Wreszcie wychodzę z namiotu. I aż mi się nogi ugięły w kolanach! Pochmurnie i wietrznie! I co ja teraz zrobię? Chłód to mały pikuś. Gorzej, że może padać, a najgorzej, że tu, na polanie czuć wiatr. Co będzie na morzu? Aż strach pomyśleć! Na pocieszenie stwierdzam tylko, że rozbiłem się kilka metrów od... wystającej z ziemi rury zakończonej kranem i udającej łazienkę. To stąd te podejrzane hałasy... Korzystam i ja, zjadam resztkę wczorajszej pizzy na śniadanie i zwijam namiot.
Wyjście na brzeg Zatoki niestety potwierdza moje obawy. Fala wysoka, wiatr zachodni zdążył właśnie rozkołysać wodę. A niech to! Nie ma szans, nie popłynę! Gorycz porażki dopełnia rzęsisty deszcz, który właśnie dopadł mnie idącego w stronę portu. A co będzie, jeśli odwołają Marsz? Co ja zrobię? IT zamkną pewnie około 14.00, a ja nie obrócę do Elbląga i z powrotem do tej godziny. Zostawić kajak na plaży? Trudno, przywiążę do czegoś, objuczę się bagażem i przygoda się skończy.

Wreszcie Marsz

Na szczęście nie było aż tak źle. Deszcz przestał padać, tłum rozniósłby organizatorów w strzępy, gdyby spróbowali przełożyć imprezę, więc tylko pozostało mi znaleźć jakiegoś szypra, który weźmie mnie na pokład, a moją skorupę na hol, i przeprowadzi na drugą stronę. Z tym poszło nie najgorzej. Już druga próba zakończyła się powodzeniem i po chwili bujaliśmy się na falach Zatoki. Ja na koźle kutra, kajak – na falach. Jeszcze chwila – i ruszamy!
Uczestnicy też już ruszyli, odeszli z pół kilometra ( w kierunku Helu) od przystani i dopiero tam wchodzą do wody. Tam jest i płycej, i lepsze zejście – z plaży, a nie po kamieniach umacniających brzeg przy porcie. Wąż idących wydłuża się, na jego czele – Pierwszy Śledź Rzeczypospolitej – p. Radosław Tyślewicz, z ogromną, pięciometrowej chyba wysokości flagą. Tak, żeby nie było wątpliwości, kto jest tym Pierwszym...
Etap Wiary – tak weterani nazywają początek Marszu. Jeszcze nie ma zmęczenia, jeszcze sił jest dużo i ufności w przychylność Neptuna. Potem to się zmieni. Ale już najszybciej idący dochodzą do pierwszej przeszkody. To dwa kanały żeglugowe prowadzące do portu w Kuźnicach. Pierwszy ma z pięćdziesiąt metrów szerokości, drugi jest szerszy – może ze sto. Widać je wyraźnie po kolorze wody – jest w tych miejscach granatowa, tam gdzie płycej – zielonkawa. Trzeba płynąć, innej możliwości nie ma, W kapokach to nie jest trudne, więc tę przeszkodę pokonują wszyscy. Zaczyna się.

Syndrom Mojżesza, czyli etap drugi. To jest właśnie sedno Marszu. Przejście środkiem morza w wodzie po kolana zadziwia nowicjuszy, a wszystkich zachwyca, niezależnie od tego, który to już raz jest się na Marszu. Czasem morze jest głębsze, czasem idzie się wręcz po suchym piasku – jak po plaży. Tak właśnie było np. w roku 2015, gdy wiatry na tyle spędziły wodę z Zatoki, że praktycznie cały ten odcinek szło się po suchym. Dziś jest inaczej, wody jest więcej, ale może nawet tak jest przyjemniej? Na końcu lub prawie na końcu morskiej mierzei będzie godzinna przerwa. Uczestnicy wykorzystają ją na odpoczynek, zjedzenie własnych kanapek, a także prowiantu przygotowanego przez organizatorów.
Bułki z bananem (skąd my to znamy?) słodkiej wody i energetycznych, owocowych batonów. Zaraz potem rozpocznie się najkrótsza, ale najistotniejsza część imprezy, bo pasowanie na Śledzia, znana także pod nazwą

Etapu Próby. Ta część Marszu to nic innego, jak spożycie kawałka surowego, solonego śledzia, przygotowanego przez sponsora – producenta przetworów rybnych (dobre mają te śledzie...!) - firmę Seko z Chojnic. Dziś będzie dodatkowa atrakcja. Uczestnicy podejmą próbę bicia rekordu w jednoczesnym jedzeniu surowego śledzia. Rekord został ustanowiony wynikiem 121 osób! Gratulacje! Przerwa w Marszu konieczna jest by zregenerować siły, bo przed uczestnikami najtrudniejszy odcinek:

Byle do Brzegu. To ostatnia część imprezy. Najpierw należy uczepić się liny, którą ciągnie jakaś łódź lub kuter. Morze zaraz za końcówką mierzei jest stosunkowo głębokie – przekopano je w latach dwudziestych, aby można było szerzej korzystać z portu w Pucku. Dopóki nie było Gdyni, to był to jedyny port Rzeczpospolitej. Miejsce to zwane Głębinką ma nawet półtora kilometra szerokości, więc przepłynięcie o własnych siłach byłoby niebezpieczne i chyba zbyt trudne dla przeciętnego uczestnika Marszu. Jakby dla utrudnienia przejścia, kutry odczepiają uczestników, gdy do brzegu jest jeszcze daleko, może nawet dwa kilometry. Nie jest już głęboko, woda sięga uczestnikom zaledwie do pasa, ale łatwo się nie idzie. Zmęczenie, dużo większy opór (nie to, gdy woda sięga łydek) wody, i słaba perspektywa (z wysokości kilkudziesięciu centymetrów nad wodą – cel, czyli końcówka Szperku, ginie we mgle...) powodują, że łatwo nie jest.
Ale w końcu wszyscy dochodzą, witani brawami przez licznie zgromadzonych na Szperku turystów i wczasowiczów. Jeszcze tylko rozdanie dyplomów, odznak, ciepły posiłek – i kolejny Marsz Śledzia przechodzi do historii. Jedni udają się od razu do domów, samochodów, autobusów, inni – muszą wrócić do Kuźnic, bo tam zostawili swoje pojazdy. Nie ma problemu. Jest sporo łódek i kutrów, trzeba tylko się umówić z którymś capitano, który chętnie weźmie śledzia na swój pokład..

Sam Marsz to przejście piesze (trochę trzeba przepłynąć) z Kuźnicy na Helu do Szpyrka Rewskiego, czyli mierzei wchodzącej kilometr w morze, z tak zwanego cypla rewskiego.

Kliknij miniaturkę i otwórz galerię

Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018
Marsz Śledzia 2018 Marsz Śledzia 2018